Ten świątobliwy kapucyn doświadczył na własnej duszy i ciele, jak w chrześcijańskim życiu wypełnia się pierwsze maryjne proroctwo: zapisana w Księde Rodzaju zapowiedź nieprzyjaźni między Matką Zbawiciela a szatanem.

„...Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, między potomstwo twoje, a potomstwo Jej. Ona zmiażdży ci głowę, a ty czyhać będziesz na Jej piętę...” (Rdz 1, 23).

Z tego proroctwa jasno wynika, że Maryję i Jej duchowe dzieci czeka walka ze złymi mocami, walka, której przebieg, gdyby nie znać jej końca ujawnionego w proroctwie, zdaje się nawet przechylać ku zwycięstwu szatana. On przecież pierwszy zadaje cios, on rani stopę swego nieprzyjaciela. Tak, w tych duchowych zmaganiach człowieka czeka cierpienie… A szatan tak lęka się Maryi, że kiedy człowiek woła Jej imię, on pierwszy stawia się na jego wołanie, by uniemożliwić, przeszkodzić, wytrącić z ręki różaniec… A różaniec był ulubionym nabożeństwem świętego kapucyna… Życie ojca Pio pozostawiło nam wiele przejmujących znaków, przekonujących nawet niedowiarków o istnieniu świata nadprzyrodzonego. Nie tylko mówi nam ono o nieskończonej miłości i dobroci Boga, ale też o potędze szatana.

Nad klasztorem Sanktuarium Giovanni in Rotondo zapadła głęboka noc. Którejś nocy współbracia ojca Pio usłyszeli dochodzący z jego celi straszliwy hałas. Ktoś ciskał o ściany meblami, łamał krzesła, tłukł w podłogę. To diabły napadły na świętego zakonnika i nie mogąc go już ani nastraszyć, ani odciągnąć z drogi, którą kroczył, w bezsilnej wściekłości zaczęły go bić i niszczyć wszystko, co go otaczało. Dodajmy uwagę, że szatan nie ukaże się nigdy temu, kto nie stoi już pewnie na drodze zbawienia. Zły duch wie bowiem, że życie grzesznika może zmienić jeśli nie miłość do Boga, to strach przed ukazanym mu piekłem. Zaś ukazując się świętemu nie ryzykuje nic, a zawsze może coś jeszcze zyskać; przynajmniej w swej bezsilności pomści się na świętym …
Powróćmy do naszej opowieści. Zbudzeni ze snu współbracia pobiegli w stronę celi ojca Pio. Kiedy chwytali za klamkę, po tamtej stronie drzwi panowała już cisza. Weszli do środka i zdumieni ujrzeli doszczętnie zdewastowany pokój, jakby wtargnęła doń potężna nawałnica albo cały zastęp zbirów. Na podłodze leżał ojciec Pio, zbolały, ale pogodny, ze swym nieodłącznym różańcem. Pod jego głową znajdowała się poduszka. Ta mała poduszka była tak ogromnym przeciwieństwem panującego wszędzie spustoszenia i bezładu, że współbracia przystanęli zdumieni.
- Skąd ona? – zapytali.
A ojciec Pio wyszeptał słabym głosem:
- Matka Najświętsza.
Maryja nie opuściła go, była z nim w tej godzinie. To Ona wsunęła mu pod głowę poduszkę, jak matka, by ulżyć choć trochę w cierpieniu swego dziecka. Bo, jak powiadał sam kapucyn-stygmatyk, „..Ona przychodzi, ilekroć Jej pomocy potrzebuję..”.

Pewnego razu jego kierownik duchowy wysłał mu list napisany po francusku, „na złość złemu duchowi". Gdy Ojciec Pio otwarł go, zobaczył wielką plamę atramentu. W obecności ks. prałata Salvatore'a Pannulla,
który zostawił pisemne świadectwo tego faktu, zdołał jednak mimo to uczynić go czytelnym:

25 sierpnia 1919 roku

"Ja, niżej podpisany, prałat z Pietrelciny, poświadczam powagą świętej przysięgi, że list, otwarty w mojej obecności, dotarł tak zaplamiony, że był całkowicie nieczytelny. Jednak po położeniu na nim krzyża, pokropieniu wodą święconą i odmówieniu świętych egzorcyzmów można go było czytać jak obecnie. Istotnie, po wezwaniu mojej bratanicy, Gracji Pannullo, nauczycielki, „która znała francuski"... odczytała go w obecności mojej i Ojca Pio, nie wiedząc nic o tym, co zostało wykonane przed jej wezwaniem..."

Przy innej okazji, dochowując danej obietnicy, ojciec Augustyn napisał po grecku z naiwną nadzieją, że szatan nie zna tego języka (najwyraźniej zapomniał, że glosolalia jest jedną z możliwych oznak obecności szatańskiej w danej osobie). Jednak również Ojciec Pio nie znał greki. Wyjawił wszak prałatowi, że wszystko wyjaśnił mu jego Anioł Stróż, o czym proboszcz daje następujące świadectwo:

"Ja, niżej podpisany, prałat z Pietrelciny, poświadczam powagą świętej przysięgi, że Ojciec Pio po otrzymaniu listu wyjaśnił mi dosłownie jego treść. Zapytany przeze mnie, w jaki sposób zdołał odczytać go i wyjaśnić, nie znając nawet alfabetu greckiego, odpowiedział mi: „Wie Ksiądz, Anioł Stróż mi wszystko wyjaśnił".

Różne dziwne epizody utwierdziły wszystkich, że młody kapucyn był rzeczywiście dręczony i nękany w swojej misji przez szatana, który w tym okresie zdawał się nade wszystko zainteresowany zerwaniem więzi między Ojcem Pio a jego kierownikami duchowymi. Prawdopodobnie - wysuńmy taką hipotezę - aby móc uczynić bardziej skutecznymi następne ataki, które trwały bardzo długo i polegały głównie na pokusach i zwątpieniu. Żądania w tym kierunku były bardzo jasne. Pisze mieszkaniec Wieżyczki, ojciec Pio 1 lutego 1913 roku:

"...Ostatnio ci kozacy, gdy otrzymałem Twój list i zanim go jeszcze otworzyłem, powiedzieli mi, bym go potargał albo wrzucił do ognia. Powiedzieli, że gdy to uczynię, wycofają się raz na zawsze i już mnie więcej nie będą nękali. Ja milczałem, nie dając im żadnej odpowiedzi, choć gardziłem nimi w moim sercu. Wtedy dodali: „My chcemy tego po prostu jako warunku naszego odwrotu. Ty, czyniąc to, nie okażesz w ten sposób nikomu pogardy". Odpowiedziałem im, że nic nie będzie w stanie zmusić mnie do odstąpienia od mojego postanowienia. Wtedy rzucili się na mnie jak zgłodniałe tygrysy, przeklinając mnie i grożąc, że im za to zapłacę. Ojcze mój, dotrzymali słowa! Od tego dnia codziennie mnie bili! Ale nie dam się przestraszyć, czyż nie mam ojca w Jezusie? Czyż nie jest prawdą, że zawsze będę Jego dzieckiem?

Zdumiewa „fizyczność" tych ataków. Choć właśnie w tym okresie Ojciec Pio zaczyna jasno dawać wyraz temu, że jego osobista bitwa mieści się w ramach wielkiego planu walki zainicjowanej zaraz po stworzeniu.

"...Tatku najdroższy, jestem bardzo zadowolony. Jezus nie przestaje mnie kochać, nawet wbrew wszelkiej mojej niegodności, ponieważ nie przestaje pozwalać tym wstrętnym gębom jeszcze bardziej mnie nękać. Teraz minęły już dwadzieścia dwa dni bez przerwy, jak Jezus pozwala im wyładowywać na mnie swój gniew. Moje ciało, Ojcze mój, całe jest zsiniałe od tych licznych ciosów, jakie mnie dotąd dosięgły z ręki naszych nieprzyjaciół. Niejeden raz doszli do tego, że zdzierali ze mnie nawet koszulę i bili mnie w takim stanie. Powiedz mi, czyż to nie Jezus pomógł mi w tych tak trudnych momentach, w których, gdy byłem opuszczony przez wszystkich, demony próbowały mnie zniszczyć i zatracić? Dodaj do tego jeszcze i to, że nawet potem, gdy oni odeszli, przez długi czas pozostałem odarty z szat, bo nie byłem w stanie się poruszyć w tym tak strasznym stanie. Ileż nieszczęść mogło spaść na mnie, gdyby nasz najsłodszy Jezus nie przyszedł mi z pomocą! Nie wiem, co się ze mną stanie, ale wiem tylko jedno z całą pewnością, że Pan nigdy nie zawiedzie danych obietnic: „Nie lękaj się, sprawię, że będziesz cierpiał, ale dam ci również siłę" - stale powtarza mi Jezus. „Pragnę, aby dusza twoja przez codzienne i ukryte męczeństwo została oczyszczona i doświadczona. Nie przerażaj się, że Ja pozwalam złemu duchowi dręczyć cię, światu budzić w tobie odrazę, najdroższym ci osobom sprawiać ci przykrość, bo nic nie pokona tych, którzy jęczą pod krzyżem z miłości do Mnie i których Ja strzegę" (Pietrelcina, 13 lutego 1913 roku)..."

Jest to moment, w którym Ojciec Pio czuje, że jego ciało jest krańcowo wyczerpane i to wyniszczenie przechodzi także na władze duchowe, tak iż boi się porażki z nieprzyjacielem:

"Mój Boże! Te złe duchy, Ojcze mój, robią wszystko, żeby mnie zatracić. Chcą mnie pokonać siłą. Wydaje się, że wykorzystują właśnie moją słabość fizyczną, aby jeszcze bardziej wyładować na mnie swoją nienawiść i w tym stanie zobaczyć, czy będą w stanie wyrwać mi z piersi tę wiarę i to męstwo, które przychodzi mi od Ojca świateł. W pewnych chwilach widzę się na skraju przepaści, mam wtedy wrażenie, że ta walka jest po to, by rozweselić tych łotrów. Czuję, jak cały, dosłownie cały się trzęsę. Śmiertelna agonia ogarnia mojego biednego ducha, przelewając się również na strapione ciało, i czuję, jak cierpną wszystkie członki. Wtedy widzę, jakby całe życie przede mną się zatrzymywało, jakby było zawieszone
 (30 października 1914 roku).

Przeciwnik próbuje swoich sztuczek. Właśnie w Venafro Ojciec Pio chciał się wyspowiadać u ojca Augustyna. Zły duch ukazuje mu się „pod postacią ojca duchownego, mówiąc mu, że przyszedł, by go
wyspowiadać...". Ale fałszywy spowiednik ma ranę na czole. Mówi, że odniósł ją, „spadając ze schodów". Jednak zarówno ta rana, jak i „zjawisko niesmaku", jakiego Ojciec Pio doznaje przy tego rodzaju manifestacjach, każą zakonnikowi zachować ostrożność i w końcu rozpoznać złego. Już wcześniej, w Pietrelcinie, ukazał mu się pewien zakonnik, przynosząc „bardzo surowe polecenie ojca prowincjała", by nie pisał więcej do ojca Augustyna, gdyż jest to „przeciwne ubóstwu i stanowi wielką przeszkodę dla doskonałości". I Ojciec Pio niemalże dał się nabrać. Wreszcie przybycie do San Giovanni Rotondo, gdzie spędzi resztę swojego życia. Jest rok 1917, rok najbardziej wzburzony w egzystencji świętego zakonnika, rok, w którym z pewnością najwięcej podróżował. Zajmuje się formacją wychowanków gimnazjum - w bardzo szerokim sensie, jak można wywnioskować z epizodu, którego jest bohaterem. W nocy gimnazjaliści
słyszą dochodzące z jego pokoju wrzaski, uderzenia, głuche odgłosy, brzęk łańcuchów i wybuchy śmiechu, przerażające chichoty. Następnego ranka Ojciec Pio ukazuje się w godnym pożałowania stanie. Ma podbite oko, jest pełen sińców, jego pokój jest zdewastowany.

Nawet żelazna rama łóżka jest powyginana i skręcona. Mistrz Vincenzo, szewc i kowal, a zarazem klasztorna „złota rączka", stara się naprawić łóżko najlepiej jak potrafi. Musi się porządnie nagimnastykować i często udaje mu się przywrócić do formy świętego zakonnika, który - według świadectw - wychodzi niekiedy z tych walk z szatanem z wykręconymi kończynami; i innymi uszkodzeniami, i prosi go, by go „naprawił", a on jednym sprawnym pociągnięciem przywraca wywichnięte kości na właściwe miejsce. Pewnego razu komentuje z uśmiechem, gdy Ojciec Pio wchodzi do konfesjonału: „Ale Ci tej nocy dołożył, szkoda gadać! Ale Ci dołożył!". Ojciec przełożony, oczywiście, prosi o wyjaśnienia, a święty zakonnik opowiada, że musiał bić się ze złym duchem, aby bronić jednego ze swoich wychowanków przed pokusą. „Byłem okładany kijami, ale wygrałem tę walkę". Dokumentacja przechowywana w San Giovanni Rotondo i cytowana przez Luigiego Peroniego przypomina:
"...Ilekroć Ojciec Pio wychodził z walki ze złym duchem z wykręconymi lub złamanymi kośćmi, chciał, by go „naprawił" Mistrz Vincenzo. Ktoś wspomina, że Mistrz kiedyś nastawił jednym ruchem ramię, które ojciec wystawił za okienko konfesjonału, kiedy spowiadał kobiety. Ojciec Pio kierował do niego również innych klientów. Kowal nazywał się Vincenzo Fino. Często był wzywany nagle do konfesjonału kobiet, a po nastawieniu w okamgnieniu przegubu, obojczyka lub ramienia, całował rękę ojca i szeptał do niego: „Ale Ci tej nocy dołożył, ale Ci dołożył!". Ojciec go obejmował i dziękował mu..."

Bardzo interesujące i dotąd niepublikowane świadectwo znajdujemy w Positio. Dostarcza nam go ojciec Aurelio z klasztoru w Sant'Elia a Pianisi, jeden z uczniów Ojca Pio. Dowiedziałem się później - opowiada - o walkach, które toczył z szatanem. Muszę stwierdzić, że byłem świadkiem tego, co opowiadali
inni, zakonnicy dojrzali i świadomi. Pamiętam, że w 1917 roku, wracając po modlitwach wieczornych do pokoju, z którego dziś zrobiono archiwum, zastałem lub raczej zastaliśmy grube jak palec ramy łóżka

Ojca wygięte i wyrwane ze swoich miejsc. Ogarnięci najpierw zdumieniem, a potem strachem, wszyscy dawali wyraz swoim uczuciom. Młodzi płakali, starsi próbowali się uspokoić. Przywołany zgiełkiem
przyszedł Ojciec. To on uciszył burzę, zalecając nam modlić się razem z nim, aby Zły nie odtrąbił zwycięstwa. Z czułością matki poprosił nas, byśmy położyli się do łóżka, bo on będzie czuwał nad
naszymi łóżkami. I rzeczywiście nie ruszył się, dopóki nie zasnęliśmy. Kazał zadzwonić trochę później niż zwykle na pobudkę, a gdy byliśmy już przebudzeni, polecił nam nikomu nie mówić o tym, co się wydarzyło. Przez kilka miesięcy starannie przechowywaliśmy żelazne ramy. Nieświadomy niczego przełożony pozwolił potem wykorzystać je na balustrady do niewielkiego balkonu, który zrobiono w szkole, dziś urządzonej dzięki funduszom ze sprzedaży Głosu Ojca Pio.

 Jeszcze jeden tego rodzaju epizod, ale całkowicie osobisty:

"...Jako mały przełożony grupy najmłodszych seminarzystów nie zauważyłem, że po wieczornym błogosławieństwie, jakie Ojciec dawał nam wszystkim, oni zatrzymali się jeszcze, prosząc o następne.
Szczerze się poskarżyłem im i samemu Ojcu, twierdząc, że uważam za bezużyteczne i obłudne domaganie się drugiego błogosławieństwa. Ojciec obruszył się trochę i prosił mnie, bym złagodził osąd, ponieważ mogę tego pożałować. Nie ustąpiłem wobec jego kilkakrotnych próśb i również obruszony odszedłem, kierując się do celi, dziś zamieszkałej przez przełożonego klasztoru, aby położyć się spać. Ale zdarzyła się dziwna rzecz jak na piętnastoletniego chłopaka, gdyż nie mogłem zasnąć. Ojciec przychodził dwukrotnie, aby mnie odwiedzić, stale zalecając mi, bym się modlił. Mimo tych jego ojcowskich przestróg, dalej nie mogłem zasnąć. O północy, gdy zegar umieszczony na końcu głównego korytarza wybił godzinę dwunastą, zauważyłem dziwne zjawisko. Ogromne i duszące ciepło, mdlący smród, kroki gołych stóp oraz przyspieszony i sapiący oddech. Chciałem krzyknąć i poruszyć się, ale ze strachu nie byłem w stanie ani krzyczeć, ani ruszyć się z zajętego miejsca. To zjawisko trwało ponad dziesięć minut. Wyraźnie słyszałem drapanie pazurami w pobliżu łóżka. Nie przesadzam: nic nie widziałem, ale wszystko mogłem czuć. Jakaś niewidzialna ręka wzięła obrazek Matki Bożej z Pompejów, który otrzymałem od Ojca, i rzuciła go o okiennicę małego okna mojej celi. Poczułem uderzenie, a rano w obecności Ojca Pio skonstatowałem, co się wydarzyło w nocy. Przerażony nie miałem odwagi wyjść z celi i nie ruszyłem się z łóżka, dopóki nie
nastał dzień i nie usłyszałem pierwszych kroków na korytarzu. Nie ubierając się, w majtkach i podkoszulku, pobiegłem do celi Ojca, drżąc, płacząc i krzycząc, aby opowiedzieć o tym, co się wydarzyło, i aby prosić go, by odesłał mnie natychmiast do domu rodzinnego. Ojciec nie dał mi nic powiedzieć. Zrozumiał wszystko. Wstał i powiedział mi te słowa: „Dobrze, że tylko słyszałeś, a nie widziałeś". Dotknął mi głowy i nadgarstka i nie odsyłając mnie do mojej celi, posadził mnie na swoim łóżku. Zasnąłem od razu. On sam przyszedł
mnie obudzić po śniadaniu. Kazał mi obiecać, że żadnemu z kolegów nie powiem o straszliwej i przerażającej nocy, i zapewnił mnie, że przeprowadzi mnie z celi do pokoiku, jak się trochę uspokoję. Od tamtej nocy pierwszym, który prosił o dwa błogosławieństwa, byłem ja..."


Choć ojciec Pio jest skazany na sukces, bezlitosny przeciwnik aż do ostatniej sekundy szuka jakiejś szczeliny w jego zbroi, a podczas gdy piasek przesypuje się w klepsydrze, mnoży wysiłki, by pokonać przeciwnika, który mu się wymyka. Atakuje jego ciało: zawroty głowy, astmatyczny i duszący kaszel, poczucie dezorientacji i upadki w następstwie nagłych zasłabnięć, nagłe skoki temperatury ciała. A poza tym przerażające wizje. Ojciec Federico z Macchia odpowiada, że w swoich ostatnich dniach ziemskiego życia święty zakonnik „był nękany budzącymi grozę wizjami". On sam twierdził, że „widzi duchy piekielne". Ojciec Giorgio Cruchon, jezuita, prelegent podczas I Kongresu studiów nad duchowością Ojca Pio, cytuje ojca Alessio i pisze:

"Ojciec Pio był wówczas wzburzony. Zawołał ojca Alessio z pokoju nr 8. Był na krześle, modlił się i powiedział: „Synu mój, zostań tu, bo nie dają mi spokoju nawet na sekundę!". Czasami był ofiarą przerażających wizji, na przykład kiedy na małym tarasie położonym naprzeciw jego pokoju ogarnął go strach, przez dwie lub trzy minuty trzymał podniesione ręce z rozstawionymi palcami, oblany potem (i z zaczerwienionymi policzkami), tak iż ojciec Alessio musiał mu wycierać głowę dziesięcioma chusteczkami. Chwilę później, gdy ojciec Alessio zapytał go, co się stało, odpowiedział: „Gdybyś zobaczył to, co widziałem, umarłbyś".

Te rewelacje mogą wydawać się bulwersujące w świecie i środowisku kulturalnym, w jakim żyjemy, negującym apriori możliwość konkretnej ingerencji istot duchowych w świat i codzienne życie. A jednak ks. Amorth w tej kwestii wydaje się stanowczy:

Raz zły duch uderzył go głową o ziemię i trzeba mu było założyć szwy na łuku brwiowym. Bił go przez wszystkie dni. „Ojciec kłamstwa" - opowiada kapłan - starał się na wszystkie sposoby, przede wszystkim nieuczciwe, gdyż sama przemoc nie wystarczała, przełamać opór swego nieprzyjaciela. Chcąc sprawić, by jego obecność była postrzegalna zmysłami, szatan ucieka się do jakiegoś wyglądu, który odpowiada temu, co zamierza wywołać: lęk, zwiedzenie, oszustwo. Wskazaliśmy już, że Ojciec Pio od wczesnego dzieciństwa doświadczał wizji niebieskich, tak iż uważał je za coś właściwego wszystkim. Ale widział także złe duchy, niemal zawsze w przerażających postaciach, które budziły w nim głęboki strach. I przez całe życie widział twarz okrutnego nieprzyjaciela pod rozmaitymi postaciami, w których zawsze była obecna zła osoba, choć szata dostrzegalna zmysłami nie była rzeczywistą szatą jego czysto duchowej natury. A poza tym te oszustwa szatana! - opowiada egzorcysta. - Istotne jest przede wszystkim to, czego doświadczył w Venafro. Szatan mu się ukazywał - zawsze mu się ukazywał w budzącej przerażenie postaci - ale tam ukazał mu się także pod postacią Pana Jezusa, Matki Bożej. I również później tak czynił. Ukazał mu się pod postacią jego przełożonego i kierownika duchowego, wydawał mu polecenia. A Ojciec Pio w danej chwili ulegał urokowi. Potem zaczynał się pytać: Ale czy to możliwe, że ojciec mi powiedział, bym tak i tak zrobił... Nie! Ależ skąd! Nigdy tego nie powiedziałem! Dziwił się, zdumiewał. Czasem ukazywał mu się także pod postaciami nagich i prowokujących dziewcząt, kiedy chciał go kusić w sprawach czystości. Szatan jest samym duchem, a więc nie ma ciała i jeśli chce stać się zmysłowo postrzegalnym, musi przybrać jakieś fałszywe ciało. Dotyczy to także aniołów, ponieważ są aniołami. Podobnie zły duch ma przecież naturę anielską. My widzimy tak piękny, tak typowy przykład św. Rafała, który aby móc towarzyszyć w podróży synowi Tobiasza, przybiera fałszywą postać młodzieńca ubranego w strój wędrowca. A na końcu mówi: „Wam wydawało się, że jadłem, że spałem". Wszystko to było nieprawdą, jednym wielkim przedstawieniem, nie potrzebował się żywić.



Ojciec Pio miał swoją broń. Na kilka dni przed śmiercią ujawnił, co nią było. Ojciec Tarcisio z Cervinary opowiada:

Pewnego dnia, kładąc się do łóżka, powiedział braciom, którzy byli
z nim w celi:
- Dajcie mi broń.
A bracia, zaskoczeni i zaciekawieni, pytają się go:
- Gdzie jest broń? Nic nie widzimy!
Na to Ojciec Pio:
- Jest w moim habicie, który zawiesiliście teraz na wieszaku!
Przeszukawszy dokładnie wszystkie kieszenie jego habitu zakonnego,
bracia mówią do niego:
- Ojcze, tu nie ma żadnej broni w Twoim habicie! Jest tylko
koronka różańca!
A Ojciec Pio od razu na to:
- A czy to nie jest broń? Prawdziwa broń?

Św. Ludwik mówił: „..Moc Maryi nad wszystkimi diabłami rozbłyśnie szczególnie w dniach późniejszych, gdy szatan założy sidła na Jej piętę, to jest Jej pokornych niewolników i Jej biedne dzieci, które Ona zwoła, aby wytoczyć mu wojnę. Będą oni mali i biedni w oczach świata oraz poniżeni przed wszystkimi… Ale w zamian za to będą bogaci w łaskę u Boga, którą Maryja obdarzy ich w obfitości..”. Zapewniał już o tym św. Efrem Syryjczyk, który śpiewał o Matce Najświętszej słowa, jakie niechaj popłyną także z naszych ust:
Ona jest okrętem,
pełnym bogatego skarbu,
wiozącym dla ubogich
dary nieba.
Przez nią umarli stali się bogaci -
nosiła bowiem Życie.
Obyśmy i my okazali się w oczach Bożych „ubodzy”, a więc tacy, którzy – jak Maryja – nie myślą o sobie jako o kimś wielkim i potężnym, bo takim jest tylko Bóg.




"...Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać, zwalczywszy wszystko.Stańcie więc [do walki] przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość..." List do Efezjan 6:13

Ci z państwa, którzy są zainteresowani sprawami rytuału, powinni obejrzeć niezwykle ciekawy wykład na te tematy ! POLECAM ! Język polski, oraz znany, ceniony, uczciwy i prawdziwy kapłan POLSKI, Link:
https://www.youtube.com/watch?v=Kdr_Nwof-BE&list=UUR-24Umed2tSmJTrguYt0yQ
tu 4 minutowy urywek z tego wspaniałego wykładu:
video


Czy rytuał jest ważny ? Najwyrazniej straszliwie ważny !

"...Nadab i Abihu, synowie Aarona, wzięli każdy swoją kadzielnicę, nabrali do niej ognia, włożyli na niego kadzidło i ofiarowali przed Panem ogień inny, niż był im nakazany.  Wtedy ogień wyszedł od Pana i pochłonął ich. Umarli przed Panem.  Mojżesz powiedział do Aarona: «To jest, co Pan powiedział: Okażę moją świętość tym, co zbliżają się do Mnie, okażę chwałę moją przed całym ludem». Aaron zamilkł. Potem Mojżesz zawołał Miszaela i Elsafana, synów Uzzjela, który był stryjem Aarona, i powiedział do nich: «Zbliżcie się! Wynieście swoich braci sprzed Miejsca Świętego poza obóz!»  Wtedy oni zbliżyli się i wynieśli ich w ich tunikach poza obóz, tak jak powiedział Mojżesz..." Ks. Kapłańska 10:1
Najwięcej starożytnych tekstów źródłowych dotyczących rytualnego odsuwania nieczystości opisuje oczyszczenie człowieka, dla którego dany rytuał był odprawiany. Do puryfikacji używano różnych rodzajów oleju, jednak rzadko jest dokładnie określone, o jaki jego rodzaj chodzi. Jeden z fragmentów starożytnego rytu namburbi podaje cztery rodzaje oleju wykorzystywanego w rytuałach oczyszczających, przy czym trzy z nich udało się zidentyfikować, a jeden - ze względu na uszkodzenie tekstu - pozostaje zagadkowy:

"...Potem wejdzie on [do innego domu (?)]. Olejem cyprysowym, olejem z drzewa kadzidlanego (kanaktu)], [olejem z [...] i oliwą z olijwek namaścisz go, a następnie nie zbliży się już nieszczęście, które od ofiarowanego zwierzęcia, (którego organy wewnętrzne są zdeformowane) pochodzi..."

Spośród wyżej wymienionych rodzajów oleju, w dwóch innych tekstach namburbi także pojawia się olej cyprysowy, wykorzystywany do namaszczenia pacjenta:
"...On trzykrotnie zafnurzy] się w wodzie, potem natrzesz go olejem cyprysowym. Następnie obmyje się on w tej wodzie. Namaści się olejem cyprysowym z morskiej muszli..."

Często jednak olej stosowany do namaszczeń jest opisany jedynie jako „olej" lub „dobry olej". To drugie określenie, bardzo często występujące również w opisach rytuałów hetyckich, należy rozumieć jako olej pozbawiony zanieczyszczeń, być może z tzw. pierwszego tłoczenia:

"...Dotknięty człowiek zdejmie swoje ubranie i wykąpiesz go w świętej wodzie]. Dobrym olejem go namaścisz. [...] Potem [obmyje on] wodą swoje dłonie i stopy ponad wężem, [...em namaściszg]o..."

Także poza Mezopotamią wykorzystywano olej do namaszczenia pacjenta. W poniższym fragmencie namaszczenie ma miejsce dopiero po obmyciu wodą i stanowi ostatnią z szeregu czynności oczyszczających:

"...I potem obmywa on się kultowo do czysta i [...] namaszcza się. Potem zakłada nową szatę [leżącą] po lewej stronie [naczynia?]. Następnie obmywa się kultowo do czysta, [olejem] się na[maszcza]..."

Namaszczenie olejem zamykało również ciąg zabiegów oczyszczających w obrzędach huryckiej serii itkalzi. Było ono stosowane po obmyciu wodą, a towarzyszyły mu tzw. „słowa oleju"

Hebrajski czasownik such i grecki aleífo często oznaczają w Biblii zwykłe natłuszczanie, czyli nacieranie oliwą (Rut 3:3; Dn 10:3; Jn 11:2). Natomiast namaszczanie olejkiem w pewnym szczególnym celu opisywane jest hebrajskim czasownikiem maszách oraz greckim chrío — od których pochodzą rzeczowniki maszíach (stąd „Mesjasz”) i christòs („Chrystus”), oznaczające „pomazaniec” (Wj 30:30; Kpł 4:5, przyp. w NW; Łk 4:18; Dz 4:26). Podział ten jest dość konsekwentnie przestrzegany zarówno w Pismach Hebrajskich, jak i w Greckich. W niektórych przekładach nie zachowano jednak owej subtelnej różnicy i wszystkie te czasowniki oddano przez „namaszczać”.

Prócz tego namaszczano poświęcane przedmioty. Gdy Jakub miał sen od Boga, wziął potem kamień, który służył mu za podgłówek, postawił go jako słup i polał oliwą. W ten sposób uznał to miejsce za święte i nazwał je Betel, co znaczy „dom Boży” (Rdz 28:18, 19). Nieco później sam Jehowa potwierdził, że ten kamień został namaszczony (Rdz 31:13). Na pustkowiu Synaj Mojżesz na rozkaz Jehowy namaścił przybytek oraz jego sprzęty, przez co je uświęcił (Wj 30:26-28).

Zacytujmy tu kolejny raz jednego z największych mędrców starożytności:
[...]Fakt, iż niektóre cuda dokonywane są przez Aarona, inne przez Mojżesza, a jeszcze inne przez samego Pana, można oczywiście rozumieć w takim sensie, że w niektórych sprawach musimy być oczyszczani za pomocą ofiar i zaklęć kapłańskich, które symbolizuje osoba Aarona, w innych sprawach musi nas poprawiać znajomość Prawa Bożego, jak wskazuje na to działanie Mojżesza, w jeszcze innych, które niewątpliwie są najtrudniejsze, potrzebujemy potęgi samego Pana.[...]